menu

Nastrojowy ślub w sercu Bieszczad - Magda i Mateusz

Przyjechałam do Lutowisk. Wypożyczonym na lotnisku kameralnym i zwinnym autem idealnym na kręte niczym serpentyny bieszczadzkie deszczowe dróżki. Totalny brak zasięgu, a muszę przecież jakoś dać znać rodzinie, że dotarłam cała i zdrowa w te Bieszczady. Zakradam się więc do kwaterowej „bawialni” i spisuję z routera hasło do wifi, dające mi jakąkolwiek przepustkę do zewnętrznego pozabieszczadzkiego świata. Rodzina poinformowana. Gospodyni pyta skąd jestem, przydziela pokój, proszę o herbatę na rozgrzanie po całym dniu podróżowania autem w ulewie, a dostaję najpyszniejszą szarlotkę świata. Z sympatii. Rano mam okazję zjeść najprawdziwsze swojskie śniadanie w bieszczadzkiej chacie. Racuchy z jagodami, domowa wędlina, podkarpacki ser, kilka rodzajów domowej marmolady. Na tę okoliczność porzucam wszystkie diety. Vege-srege, gluten-free i inne, stają nagle w głębokim cieniu opływajacego w świeże jagody tłusciutkiego racuszka.
Wieczorem wybieram się na objazd. Odwiedzam starą drewnianą kapliczkę, ulokowaną samotnie pośrodku wzgórza. Po lewej opuszczona pasieka miodu, po prawej połacie gór, nad którymi piętrzą się gęste czarne chmury. Wjeżdżam pod dość stromą górkę i drogę zabiegają mi miejscowe kozy. Zwalniam. Auto nieco się przydusza i to jedyny moment tej wyprawy, w którym zaczynam żałować, że nie wzięłam z wypożyczalni mocniejszego auta. Fura z mozołem toczy się pod górkę i stukocze na betonowych płytach. Dojeżdżam do zabytkowej cerkwi skąpanej w gąszczu zieleni, dookoła ani żywego ducha. Drewno, z którego zbudowana jest kaplica, jest tak stare, ze niemal słyszę jak ucztują korniki. Zaglądam do środka i widzę ciemność, a jedynym źródłem światła na ceremonii będą zapewne płonące świece przymocowane do żyrandoli z poroża jelenia.

Co za klimat!

Mam jednak dziwne wrażenie że nie jestem tu sama. Robię więc kilka zdjęć i wracam do auta. Dopiero później od jednego z gości weselnych dowiaduję się o legendzie o niedźwiedziu grasującym w okolicach tego kościółka i o jego łapie odciśniętej na ścianie kaplicy. Myślę: “Ej, to by się nawet zgadzało, są tu przecież pasieki z miodem!”. Odwiedzam knajpę w której bedzie party. Antresola, myśliwski klimat, dookoła samo drewno. Spotykam Mateusza który krząta się i w pośpiechu rozwiesza girlandy żarówek na drewnianych belkach. Wszystko ma być dopięte na ostatni guzik przed jutrem, więc pewnie będą się tutaj uwijać do późna.

W dniu ślubu wszystko dzieje się w takim tempie, że czas na refleksje przychodzi do mnie dopiero w drodze powrotnej do domu.

Trzeba mieć naprawdę wiele wyobraźni, odwagi i umiejętności organizatorskich, aby ściągnąć najbliższych przyjaciół i rodzinę w sam środek leśnej głuszy i zorganizować tam od zera przepiękny ślub. Trzeba mieć wokół siebie wspaniałych ludzi, którzy bez mrugnięcia okiem jadą przez połowę Polski po to, aby towarzyszyć swoim przyjaciołom w tak wyjątkowym momencie. Trzeba mieć naprawdę wiele szczęścia, aby dokładnie w momencie twojego wyjscia na ceremonię w trakcie ulewnego dnia w Bieszczadach, wyszło słońce i utrzymywało się przez całą ceremonię. Trzeba mieć także wysokie wymagania oraz dużo zaufania do fotografa, któremu powierzasz utrwalenie takiego dnia, tym bardziej, jeżeli wszystko organizujesz samodzielnie, zdalnie. I ja za to zaufanie przeogromnie dziękuję. To była dla mnie wspaniała przygoda i zaszczyt, aby posmakować podkarpackiej gościnności, a na koniec usłyszeć jeszcze: “Dziękujemy za wszystko, byłaś naszą ostoją!”.

zamknij menu