menu

Florentyna i Kacper - Miejski ślub w klimacie lat 20. w Toruniu

Zacznijmy od tego, że przełożyłam urodziny własne i mojego syna, aby zrobić ten ślub. W zasadzie to był totalny spontan, Florentyna zadzwoniła do mnie i powiedziała, że za trzy tygodnie razem z Kacprem chcą wziąć ślub. Totalnie urzekła mnie już podczas rozmowy przez telefon – mega serdeczna osoba, o najniższym kobiecym głosie, jaki kiedykolwiek słyszałam. No i powiedziała, że uwielbia kolory na moich zdjęciach, bo nie wyglądają jak „z kreskówek Disney’a” – rozbroiła mnie tym totalnie na łopatki <3 Wiedziałam, że będzie pięknie!
W dniu ślubu wsiadam w pociąg do Torunia o 6 rano, gdy jest jeszcze ciemno. Z okien przedziału oglądam najpiękniejszy wschód słońca, jaki kiedykolwiek było mi dane oglądać – a uwierzcie mi, jako młoda mama kilka ich w życiu widziałam. To był poranek skąpany we mgłach, złotym rozproszonym słońcu, na kroplach babiego lata i rdzawobrązowych liściach. Termometr tego dnia wskazuje dobrze około 20stopi, a mamy połowę października!!!

Dojeżdżam. Nie będzie kłamstwem, jeśli Wam powiem że wystrój hotelu zaskakuje mnie totalnie – tym razem nie ma stodoły, drewna i rustykalnego klimatu. Zacznijmy od pokoju, który przydzielono nam na przygotowania Florentyny – wchodzę i widzę dwa maleńkie półokrągłe okna i wszystko – dosłownie wszystko, łącznie ze ścianami – obite jest w ciemnobrązowy welur. Myślę sobie: „Ale będzie jazda ze światłem, ciemno!”, zaczynam robić próbne zdjęcia i eksperymentować ze światłem zastanym. I jestem totalnie oszołomiona efektem, bo już wiem że klimat przewodni będzie rodem z kasyna lat 20! Zabieram się za fotografowanie detali. Schodzę w tym celu do hotelowej recepcji i widzę na podłodze fakturowany porowaty, kamień, który wygląda jak księżyc. Bomba, nie mogłam sobie wymarzyć lepszego tła do zdjęć. Rozkładam się więc z obrączkami, perfumami, kwiatkami – wszystko do siebie pięknie pasuje. Następna scena wygląda mniej więcej tak: jakaś laska (czyli ja) leży w holu przed głównym wejściem na podłodze i fotografuje ślubne obrączki. Człapiący obok mnie ludzie w hotelowych kapciach i szlafrokach, patrzą się jak na jakąś kosmitkę. 🙂 A ja po raz kolejny jestem zadowolona z wizualnego efektu.

Wszystko co dzieje się później jest dla mnie jedną wielką inspiracją. Klasyka rodem z lat 20. przenika się z nowoczesnością w niebywały sposób. Jesienny Toruń skąpany w październikowym słońcu totalnie kradnie moje serce. Florentyna jest chodzącą divą, o stalowym spojrzeniu, głębokim głosie i najcieplejszym sercu. Jak się później przekonuję ma to po swojej Mamie. Razem z Kacprem stanowią parę tak dobraną, że rozpływam się od samego patrzenia na nich! Minimalistyczny kościół z cegły, który jest starszym bratem warszawskiego kościoła u Dominikanów na Służewie, stanowi wspaniałe tło dla pięknej ślubnej ceremonii. Bordowe druhenki, są tak fajnymi dziewczynami, że mam ogromny ubaw w ich towarzystwie. Tempo zdjęć mamy zabójcze, jest połowa października, więc światło gaśnie w ultraszybkim tempie, dlatego podczas przyjęcia, połowę zdjęć z tarasu robimy już grubo po zmroku – na niektórych zdjęciach widać nawet księżyc.

Florentyna i Kacper, dzięki że mogłam być częścią Waszego dnia, fajnie było, powtórzmy to kiedyś!